Pierwowzór postaci został stworzony na potrzeby TEJ strony i w oparciu o opis rodu na niej zamieszczony. W ramach uzupełnienia poniżej zamieszczam zmodyfikowaną (na rzecz bloga) wersję opisu, jednak zaznaczam, że oryginał znajduje się TUTAJ. Jestem świadoma tego jak problematyczna może wydać się ta postać, ale mam nadzieję, że nie zostanę za nią zlinczowana.

stosunek do mugoli: negatywny • siedziba: Kair
motto rodu: „Zaszczyt pociąga za sobą obowiązki”
Herb i barwy:
Złoty skarabeusz na granatowym tle, po jego lewej stronie znajduje się zielone słońce, po prawej zielony księżyc. Jako korona rangowa brytyjska korona książęca i jako hełm – hełm turniejowy z opuszczoną przyłbicą, otoczony liściastymi labrami z motywami piór egzotycznych ptaków. Jako trzymacze od lewej czarnoskóry mężczyzna w białych szatach, o ogolonej na łyso głowie, odwrócony profilem w stronę figury herbowej; od prawej sfinks. Stoją na klasycznych postumentach, z których rozpościera się kaligrafowana dewiza. Za klejnot granatowy skarabeusz.Opis rodu:
Shafiqowie są najstarszym rodem spośród tych, które obecne są w Wielkiej Brytanii. Choć przybyli do Anglii na stałe dopiero wraz z handlarzami podróżującymi z kompanią wschodnioindyjską, na przełomie XVIII i XIX w., w okresie rozrastania się Imperium Brytyjskiego, ich drzewo genealogiczne sięga czasów wielkich faraonów. Shafiqowie setki lat przed naszą erą służyli im jako najbardziej znaczący kapłani, właściwie panując nad starożytnym Egiptem. Po tym, jak jedna z gałęzi Shafiqów na stałe osiadła w Anglii, Ministerstwo Magii pod naciskiem czystokrwistych rodów honorowo przyznało im brytyjski herb szlachecki. Raczej rzadko popełniają małżeństwa mieszane z arystokracją Anglii, częściej biorą sobie żony, niż oddają swoje dziewczęta angielskim rodom. Małżeństwa zawierają z kobietami z rodzimych stron. Cechują ich uroda oraz ubiór charakterystyczne dla krajów arabskich. Choć nie każdy w Anglii uznaje ich długi rodowód, a niektórzy poddają w wątpliwość przyznanie im przez Ministerstwo szlacheckiego herbu brytyjskiego, ich tytuł pochodzi z czasów faraońskich i trwa niezmiennie, pozostając szanowanym przez międzynarodową społeczność czarodziejów. Znający tajemnice pradawnych grobowców faraonów, olbrzymich piramid, Shafiqowie są wybitnymi łamaczami klątw. Uchodzą także za nadzwyczajnych matematyków oraz znawców sztuki uzdrowicielskiej, którą doskonalą z najlepszymi wynikami już od przeszło trzech tysięcy lat. Są szanowanymi i cenionymi wykładowcami na uzdrowicielskich kursach przy szpitalu św. Munga, również – niedoścignionymi spośród samych uzdrowicieli. Nie do końca wiadomo od jak dawna – czy od początku, czy stało się to w okresie późniejszym – ale Shafiqowie prowadzą filią Banku Gringotta w Egipcie. Odpowiadają za zabezpieczenia skarbów ze skutecznością równie zabójczą, z jaką uchronili skarby faraonów przed niechcianymi rabusiami. Gobliny, choć nie chciały się zgodzić na uznanie ich współwłaścicielami banku, ufają Shafiqom bardziej, niż innym czarodziejom, pozwalają więc na trzymanie pieczy nad filią w Egipcie. Sprowadzili również na angielskie tereny wiele czarodziejskich wynalazków, takich jak – między innymi - fałszoskopy. Często jako zwierzęta domowe, zamiast inteligentnych szczurów i czarodziejskich kugucharów, trzymają kameleony i węże zaklęte fletami. Shafiqowie nie puszczają też swoich dzieci do Hogwartu, nie chcąc wychowywać ich w kulturze europejskiej. Większą niż europejska arystokracja wagę przywiązują do nauk zielarstwa i eliksirów, również do sztuki uzdrowicielskiej.Inne:
motto rodu: „Zaszczyt pociąga za sobą obowiązki”
Znaki szczególne:
Uroda bliskowschodnia charakteryzująca się ciemną oprawą oczu, śniadą karnacją, zadbaną cerą i zdrowymi, lśniącymi włosami w kolorze zadymionego brązu. Tęczówki oczu w odcieniach ugru i domieszki złota.Trzy bazy zapachowe rozsiane wokół niego. Pierwsza pochodzi od delikatnych olejków eterycznych jakimi się namaszcza, a które składają się wyłącznie z naturalnych wyciągów roślinnych; druga to magiczny proszek Neem do pielęgnacji włosów o przyjemnym, kwiatowym zapachu; trzecia, ostatnia to perfumy różnej maści, które stosuje bardzo oszczędnie przy zagłębieniu szyi i za uszami, więc woń ta wyczuwalna jest jedynie przy bliskim kontakcie z nim. Stroju rodzimego nie nosi, bo to domena jego ojca, on woli czarodziejski płaszcz i luźne ciuchy.
O postaci:
Niektórzy czarodzieje wciąż nie wierzą w szlachetność krwi Shafiqów, dla nich nigdy nie byli i nie będą kompatybilni z ich wyobrażeniem o czarodziejskim życiu. Nawet arystokraci nie zawsze potrafią zajrzeć w głąb natury egipskiej, nie widzą w tym żadnego zakotwiczenia w świecie jaki znają. Mylą ich rytualne przymioty i ta specyficzna aura wyobcowania rozsiana wokół rodu. Nie mogą pojąć tajemnicy sukcesu tej rodziny, bo w gruncie rzeczy nie próbują. Od wielu lat czarodzieje patrzą na nich z pewną dozą podejrzliwości: jak przez zepsuty, niezdatny do wskazania poprawnego werdyktu lunaskop. Dostrzegają wykres zależności rodu wobec Anglii i Anglii wobec rodu, ale nic ponadto. Brak przewidywalności Shafiqów to zresztą najczęściej stawiany im zarzut — nigdy nie wiadomo kiedy zaatakują, za to zawsze można oczekiwać tego, co najgorsze. Rodzina Shafiqów nie jest szczególnie uprzejma wobec Europejczyków, więc nie wszystkim pisany jest dobry kontakt z nimi. Poza tym kulisy przejęcia przez nich filii banku Gringotta w Egipcie wciąż pozostają nieodkryte, przez co od lat budzą społeczny niepokój, a w skrajnych przypadkach — antypatię. Niewielu potrafi dostrzec w Shafiqach drugich Malfoyów, czy Rowle’ów, choć faktem jest, że przez wzgląd na duże osiągnięcia i głębokie zakorzenienie w magii cieszą się bezwzględnym szacunkiem.
Odkąd tylko Jaquan odkrył tę niewygodną prawdę, pozostaje sceptyczny wobec pseudo-otwartości Europejczyków. Nie jest jednak skończonym ignorantem, jak mogłoby się zdawać z początku. By utrzymać zdrowy rozsądek, tj. równowagę pomiędzy ojczystym domem a otoczeniem, w którym żyje, nabył wybitną umiejętność do nie wyrażania swojego stanowiska wcale lub rzucania żartami w ramach rozbicia mocno krytycznych znaczeń. Strategię tę, choć nieświadomie, wspierała od najmłodszych lat jego guwernantka, ucząc go zaciekle zasad retoryki i savoir-vivre'u. Sarkazmu nie przewidziała, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie ma bowiem w Londynie drugiego tak pięknie wysławiającego się osobnika, który kpiłby sobie z Anglii i z Egiptu w sposób tak niewymuszony, wręcz naturalny. W pozostałych przypadkach, kiedy sprawa ma dla niego znaczenie, mądrze rozgranicza to co swojskie od tego co przyswojone, przy czym często wyraża anachroniczny stosunek do obu tych sfer. Cóż poradzić. Momentami potrafi być naprawdę konserwatywny i wierny kulturze orientu. A momentami nie.
Nakazy i zakazy nie są czymś, za czym szczególnie przepada, więc kiedy tylko może, ucieka od nich jak najdalej, choć przecież nie przyzna tego wprost. Bycie jawnym buntownikiem jest mu zupełnie nie na rękę, wobec czego uchodzi raczej za ułożonego typa. Dobrze gra. W towarzystwie tym bardziej, bo choć zdystansowanie, obcość i wrodzona chęć negowania rzeczywistości nie sprzyjają głębokim przyjaźniom, idzie to na korzyść romansom. Kobiety uwielbiają go za jego zdecydowanie, uwodzicielskość i egzotyczność, zamkniętą w niebanalnym bliskowschodnim wyglądzie. Niestety cenią go chyba tylko panie, bo mężczyźni mają tendencję do odsuwania go od swoich żon, narzeczonych i córek. Przede wszystkim od córek. Co nikogo nie powinno dziwić, bo jeśli chodzi o facetów i partnerki, drogę do szczęścia toruje mu w tym względzie nawet jego własny ojciec. Pomimo tego, że Jaquan każde spotkanie z Europejką traktuje jak flirt, czyli coś zupełnie niezobowiązującego, stary Shafiq wciąż się boi, że jego pierworodny splami honor domu, żeniąc się z Angielką.
To nic, że młody mimo wszystko znany jest ze swoich podbojów sercowych. Stary zdaje się wyznawać zasadę, że to co nie jest upublicznione, nie może być prawdziwe, więc temat ten zamieciono pod dywan, jak wiele innych przewinień ze strony szlacheckiej.
Urodził się w Anglii i przez 10 lat właśnie w niej się wychowywał, choć w duchu egipskim. Chciałby powiedzieć, że jako ten szlachetny, małoletni chłopiec był wyjątkowo chłonnym uczniem — wciągał wiedzę magiczną równie chętnie co pufek pigmejski odpadki z podłogi; stał na straży rozwijających się umiejętności latania na miotle i nigdy nie skarżył się na nadmiar zajęć — z początku tak jednak nie było. W porównaniu do swojego licznego kuzynostwa był dość kłopotliwym protegowanym. Zbyt często polegał na własnych praktykach, a za rzadko na cudzych, a choć czysta krew zapewniła mu wyjątkową zdolność do wkuwania wszystkiego, co czarodziejskie, a guwernantka nigdy nie pozwalała mu opuścić gardy, siłą nakładając na niego szereg nauk i obowiązków zgodnych z doktrynami domu, nie posiadł najwyższej z cnót dobrego uczenia się — słuchania i zaangażowania.
Wprawdzie nie zawsze tak było, ale też nie na długo nacieszył się dziecinnym posłuszeństwem. Mając 3 lata pierwszy raz usłyszał o tym, że uzdrowicielstwo to jego powołanie, a choć jeszcze nie do końca wiedział jak się je tłumaczy oraz czym ono tak właściwie jest, do lat pięciu bezkrytycznie ufał rodzicom w tym, że tak w istocie jest. Zresztą wierzył im w wielu innych sprawach. Dał się przekonać co do tego, że jest niespotykanym, urokliwym chłopcem, że czeka go świetlana przyszłość i że mugole nie są warci choćby libra jego uwagi. Że zaszczyt pociąga za sobą obowiązki. Tak mu się właśnie wydawało, kiedy dalsze dwa lata spłynęły mu na pierwszych lekcjach etyki i dobrego wychowania. Tego starał się też trzymać przekraczając wiek siedmiu lat, objawiając pierwsze oznaki czarodziejstwa. Problem w tym, że szybko przekonał się co do tego, że opieka magiczna to tylko ułuda wspaniałości. Otoczka, za którą kryje się nic innego jak masa arkuszy z recepturami leczniczymi do przyswojenia, ziołami do spamiętania i eliksirami do uwarzenia — wszystko to zdawało się godzić w niego nadmiarem teorii. Kiedy więc ojciec powtarzał mu, że „masz to w genach, chłopcze”, jakimś dziwnym trafem przestał słuchać. Jego geny najwyraźniej nie dziedziczyły, a serce nie biło ani trochę mocniej do ponoć przeznaczonej mu medycyny. Podobnie było z nastawieniem do korzeni. Barwne, pełne napięcia historie o Egipcie, jakimi karmili go rodzice już od kołyski, wciąż zdawały się piekielnie odległe. Rozbiły jego zapał do pracy na drobne kawałki, tytułowane odtąd frazami: „nie chce mi się”, „nie mogę”, „nie lubię”, „wiem lepiej”. Ta ostatnia doprowadzała ojca do szału.
Decyzja o wysłaniu dziesięcioletniego Jaquana z Anglii do Egiptu była nieodwołalną, radykalną próbą urzeczywistnienia tego, co dotąd traktował jak abstrakt. Siedząc w domu wuja w Kairze nie tylko dał się oczarować krainie Złotego Nilu, ale nareszcie zaznał tego, o czym do tej pory tylko słuchał. A w słuchaniu — ustalmy to raz jeszcze — nie był najlepszy. Dopiero lekcje w terenie u boku niepobłażliwej guwernantki uzmysłowiły mu, że nawet ten upierdliwy, przyswojony mu za dziecka rytuał natłuszczania skóry olejkami ma swoje zastosowanie, a doświadczenie promieni upalnego słońca na rozgrzanej skórze upewniło go w tym, że każda nauka, nawet ta zamknięta w obrządkach, ma swoją pobudkę i sens.
Siedem lat szkoły nie byłoby go w stanie nauczyć tyle, ile piętnaście lat w Egipcie, poświęconych szczególnie na poznawaniu ojczystej kultury, łamaniu klątw oraz na zwiedzaniu najskrytszych zakamarków grobowców faraońskich. Całą resztę, łącznie z egzaminami magicznymi zaleconymi przez Ministerstwo Magii i kursami korespondencyjnymi pod patronatem Hogwartu, Jaquan traktował bardziej jak konieczność. To pułapki piramid i złożone budowle świątyń kapłańskich interesowały go najbardziej. Nic dziwnego, że tak szybko wyszkolił się w swoim fachu — za sprawą podróży po Afryce przeciwuroki i obronę przed czarną magią poznał od podszewki, czerpiąc z tajemnych strategii rodu Shafiqów. Dodatkowo zainspirowany spotkaniami z wybitnie inteligentnymi stworzeniami — sfinksami — dojrzał do tego, by w życiu kierować się konsekwencją i logiką. A logicznym wydawało mu się w tamtym czasie to, by ukończyć nauki związane z dziedziną medyczną pomimo swojej niechęci do wszystkiego, co wymagało od niego zaplecza teoretycznego. Wprawdzie przez machinalnie wpajane sobie regułki nie stoi na parnasie wraz z utalentowanymi uzdrowicielami i alchemikami z jego rodziny, ale na tle europejskiego nauczania i tak wypada ponadprzeciętnie dobrze. Wszystko to za sprawą upierdliwej guwernantki, parunastu lat udręki przy studiowaniu ksiąg i przymusu bycia dobrym. W rodzinie Shafiqów nic bowiem nie ginie, a podstawy magii leczniczej tym bardziej. Drugą sprawą jest to, że wiedza która stanowi zaledwie bazę dla Egipcjan, jest już stadium zaawansowanym w pojęciu Europejczyków.
Tymczasem Kair otworzył przed nim furtkę do czegoś jeszcze: krainy wiecznego urodzaju i magii w jej najbardziej pierwotnym wymiarze, z czego czerpie po dziś dzień przy konstruowaniu czarodziejskich wynalazków, głównie tych dotyczących wykrywania czarnej magii. Nie ma nic bardziej satysfakcjonującego od ciągłego odkrywania sposobów na przechytrzenie czarnoksiężniczych praktyk i choć do tej pory jedyną większą zasługą Jaquana w tej dziedzinie jest ulepszenie działania próbników tożsamości, te specyficzne zainteresowania wynalazkami i jednoczesne interesy rodziny popchnęły go do tego, by w wieku 25 lat wrócić do Anglii, gdzie rozwijał talent jako specjalista ds. zabezpieczeń w Głównym Banku Gringotta. Wprawdzie wciąż tęskno mu za Egiptem i intrygującymi go nie od dziś feniksami, ale po uprzednim zaliczeniu kursów na łamacza klątw przynajmniej może zająć się tym, na czym zna się najlepiej. Owocem tego jest okrzyknięcie go najbardziej efektywnym pracownikiem działu, co wcale nie jest bez znaczenia dla jego wymagającego ojca. Jeśli istnieje powód, dla którego stary Shafiq mógłby być szalenie dumny ze swojego pierworodnego, to byłaby to właśnie praca dla instytucji czarodziejskiej. Ojciec szczerze liczy na to, że jego syn w przyszłości przejmie spuściznę Shafiqów, a co za tym idzie, utrzyma pokojowe stosunki z Goblinami i zatrzyma w posiadaniu egipską filię banku Gringotta.
Szkoda tylko, że ojcu do dziś nie udało się przekonać syna do narzeczeństwa, bo pomimo swoich trzydziestu lat na karku, Jaquan jeszcze nie zdecydował się na ten odważny krok ku małżeństwie. Woli siać zamęt w pojedynkę, przy czym odrzucił już ponad dwadzieścia kandydatek na żonę. To nie jego wina, że każda jedna wydaje mu się horrendalnie nudna. Ale nudna czy nie, w oczach ojca Jaquana wciąż może być potrzebna, więc ostatnio młodemu Shafiqowi coraz trudniej bronić kawalerstwa i wymyślać urojone wady pań, które mogłyby je dyskwalifikować z konkursu na małżonkę. Odkąd ojciec spostrzegł się, że każda błahostka może stać się wymówką dla rozstania, wyszukuje kobiet, których charakter i sposób bycia nie sposób zakwestionować.
Patronus:
Jedną nogą wciąż stoi w przeszłości, nic więc dziwnego, że patronus przybiera postać zwierzęcia charakterystycznego dla terenu północnoafrykańskiego. Co więcej, przywołując wspomnienie pomocne w dokonaniu zaklęcia, myślami powraca do pustynnych stepów i piramid, w szczególności do kontaktu z feniksami, które już za młodu oczarowały go swoim niezaprzeczalny pięknem. Spotkania z nimi w ich naturalnym środowisku to najlepsza pamiątka Egiptu, jaką trzyma w głowie. Natomiast co się tyczy kształtu zwierzęcia, lis pustynny nie tylko świadczy o jego przywiązaniu do korzeni, ale również o charakterystycznym dla Jaquana sprycie, wdzięku i zwinności. Częściej tej intelektualnej, ale fizycznej też mu nie można odmówić. Niektórzy twierdzą również, że patronus idealnie oddaje egzotykę jego ciała i duszy, bo przecież mógł być lis, ale w zamian wyszedł uszaty, orientalnie prezentujący się fenek.
*pozwoliłam sobie wykorzystać fakt, że Parkera nie ma już wśród współautorów, tym samym założyłam, że Jaquan pracuje w Hogwarcie czasowo w ramach przysługi dla dyrektora po odejściu poprzedniego nauczyciela, nie bijcie!
*pozwoliłam sobie wykorzystać fakt, że Parkera nie ma już wśród współautorów, tym samym założyłam, że Jaquan pracuje w Hogwarcie czasowo w ramach przysługi dla dyrektora po odejściu poprzedniego nauczyciela, nie bijcie!
Jaquan Toth Shafiq
30-latek — czystokrwisty czarodziej — specjalista ds. zabezpieczeń w banku Gringotta — uzdrowiciel na zastępstwie w Hogwarcie* — 187cm/86kg — ur. w Anglii, wychowany w duchu egipskim — ten obcy
Uwaga na tekst ukryty po kliknięciu w trójkącik przy ramce i ten pod zdjęciem.
Do 14.09 jestem wyjęta z życia blogowego, za utrudnienia przepraszam.
Do 14.09 jestem wyjęta z życia blogowego, za utrudnienia przepraszam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz