Powraca do Cottonwood Falls nieco ponad trzy lata temu.
Przy pierwszym dotknięciu tego, co znajome, spala w sobie spokój i nadzieje. Myśli i emocje, rozgrzane prętem wspomnienia, wżynają się wtedy w sam środek serca. Szarpnięciem przeszłości rozrywają szew powściągliwości i ściągają marsowy wyraz twarzy na oblicze Kaia.
Gdy oddycha ciężko, w duszącym napięciu, chłonie z przestrzeni zapach tutejszego, jałowego gruntu oraz zastygły w czasie obraz miasteczka. Po nim kiedyś poruszał się z dziecięcą ekscytacją i wiarą w wartości przekazywane mu przez konserwatywnych rodziców.
Dziś kroczy z ugruntowanymi w sercu znużeniem i niechęcią.
Przypomina przy tym samo Wyoming. Zbudowany z kontrastów i pustki, która potrafi mówić głośniej, niż tłum. Z wezbraną pod pazuchą dawką surowego oddechu, jak z dalekich równin, niesie na barkach obojętność i naturalną mu nieufność wobec ludzi.
Życie w miasteczku przypomina żucie starej, wyblakłej w smaku gumy.
Nie uwrażliwia go, a dusi.
Zimą jest najgorzej.
Wraz z pierwszym wieczornym wiatrem i nurtem nocnego powietrza, zamknięty w starych murach rodzinnego domu, czuje najsilniej tęsknotę za studiami i za czymś znacznie większym, niż to, co aktualnie dostaje.
Jest coś, czego w Cottonwood Falls więcej nie doświadczy.
Odrobina wolności.
Potrzeba wyrwania się z cugów miasteczka, osadzona w sercu, jak zroszony na zaroście chłód Wyoming, nie zanika. Rośnie wraz z upływającym w mieście czasem.
Umiera tu powoli. Połyka w płuca oddech presji i gorycz doświadczania, jakie niesie za sobą węzeł małżeński, zawiązany dwa lata temu. I choć z zewnątrz zdaje się wieść stabilne życie, dla niego to życie w połowicznym kłamstwie — bez ciepłych emocji, których nie potrafi już dłużej udawać i przytrzymać przy żonie.
Wiosna w Wyoming jest niewiele lepsza.
Najpierw przychodzi jako obietnica — kilka dni ciepła, kiedy słońce miękko osiada na wzgórzach, a powietrze pachnie mokrą ziemią. A potem nagle z północy nadciągają chmury. Ciężkie jak żelazo, zsyłają na kawałek ziemi grad lub śnieg.
Podobnie opisałby własne emocje.
Zawieszone nad nim ciężko, jak nietęgie i smętne girlandy, gęsto zaścielają przestrzeń. Sprawiają, że powietrza wokół z miesiąca na miesiąc jest dla niego coraz mniej.
Kolejne kroki w Cottonwood Falls nie smakują już szczęściem, czy zrozumieniem. Dziś wznoszą tylko pył z suszonych pasm zbrylowanej ziemi. Podnoszą przy tym do życia nieugaszone niczym pragnienie bliskości z tym, co zakazane (z mężczyznami) i opad wspomnień, których nie potrafi w żaden sposób zatrzymać.
Wszystko zaczęło się od pierwszego zauroczenia.
Dzień ich poznania do dziś ciąży Kaiowi na sumieniu.
Gdyby tylko mógł, rozszarpałby na strzępy każdy jeden ze szkolnych obrazów, jakie maluje mu w głowie pędzel pamięci. Zamiótłby pod dywan pierwszy pocałunek w opuszczonym silosie za szkołą z tym chłopakiem i pierwsze niebezpieczne uderzenie serca, które pokazało mu, kim jest (i z czym od tego dnia walczy, nie chcąc podążać za własną seksualnością).
Za winy w dzień ich rozstania nie szuka przebaczenia.
Gdyby tylko mógł, schowałby przed oczami duszy narzędzie tworzenia, które sprawiło, że ten dzień jawi mu się w głowie nieustannie i raz po raz, na nowo, buduje kręgosłup wartości. Wraz ze zdradą przyjaciela, gdy zrzucił na niego wszystkie podejrzenia kolegów o bycie gejem i pozostawił go na pastwę szkolnych oprawców, Kai stracił cząstkę siebie.
Stracił duszę chłopca, który potrafił kochać. Czuć.
Niegdyś próbował przed tym wszystkim uciec. Na studia i na zachód — dalej niż oczy jego rodziców, czy języki sąsiadów... póki choroba matki nie ściągnęła go z powrotem do miasteczka, jak greckie fatum.
Kai może zaprzeczać własnym pragnieniom jak mantra i odrzucać je w najdalszy kąt, ale one dobiegają do niego nieproszone, by ugryźć w żyć. W sercu Kaia wciąż tli się przy tym potrzeba kontaktu, której ulega. Wciąż łata dziurę samotności pustką fizyczności w kontaktach z mężczyznami (to robi po cichu). Wciąż nie wie też, jak temu zaradzić... i tylko liczy na to, że Cottonwood Falls nie pochłonie światła jego tajemnic w całości.
To trudne, gdy każde miejsce w miasteczku ma swój cień (wspomnienie, znajomą osobę, czy rozniesioną plotkę) i każdy z tych cieni coś o nim wie.
Sam tez powinien wiedzieć wcześniej.
Cottonwood Falls nie wypuszcza swoich ludzi. Ono wplątuje ich w sieć tak ciasną i tak gęstą, że gdyby tylko próbował teraz szarpnąć się w niej w desperacji, oplotłaby go aż do serca.
Jak pajęczyna, która oplata ciało i sumienie.
Dziś dryfuje więc między tym, co posiada, a tym, czego pragnie, choć dawno wmówił sobie, że miłość nie jest dla niego, a pragnienia są tylko narzędziem do niszczenia ludzi od środka.
— Studiował kinezyologię na KU (University of Kansas), czyli kierunek zajmujący się nauką o ruchu człowieka. W programie nauczania znajdowały się m. in. elementy biologii, fizjologii wysiłku, anatomii, biomechaniki i psychologii sportu. Studia przerwał jednak na ostatnim roku na rzecz powrotu do miasteczka.
— Rodzice Kaia prowadzili niegdyś małe, ekologiczne gospodarstwo rolne. Zajmowali się uprawą warzyw, ziół i owoców, w tym niszowych produktów, takich jak: miód, jagody, czy lawenda. Zajęcie to było jednak zbyt angażujące, by podołać mu podczas choroby matki. Dlatego sprzedali farmę na rzecz zakładu kamieniarskiego.
— Właścicielem zakładu oficjalnie pozostaje Kai i to on utrzymuje rodziców, którzy mieszkają w domu w Jackalope Ridge, choć sprzedali pola uprawne. Kai z żoną przeprowadzili się natomiast do tańszej dzielnicy (Grove Springs).
Moi rodzice jako farmerzy karmili ziemię, a ona karmiła nas, nawet wtedy, gdy wyjechałem na studia, opierając się na pieniądzach wyniesionych z majątku rodzinnego. Stan ten trwał, dopóki choroba matki nie wypiła jej do dna. To wtedy powróciłem do miasteczka. Sprzedaliśmy pola, a resztki marzeń o dalszym zarobku zatopiliśmy w kamieniu. Ojciec wciąż zajmuje się matką, a ja nadaję kształt nagrobkom, jakbym codziennie rzeźbił w nich odpowiedź na niewypowiedziane nigdy zobowiązanie.
Tutejsze wzgórza oddychają ciszą. Lubię tę surowość, ale w niej też czuję pewne ograniczenie. Małość i niewystarczalność, która dopada mnie w dniach odczuwanej melancholii. Patrząc dalej i pełniej (na wielkie miasta z daleka od Wyoming), marzę o horyzoncie, który nie pamięta mojej historii i mojego imienia.
Głosuję na Demokratów. Wiem, że to prawie jak wrzucenie małego kamyka w nurt rzeki, która i tak płynie w przeciwną stronę. Ale to mój sposób, by dyskretnie, niemal bezgłośnie, powiedzieć miastu, że się w nim duszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz